czwartek, 19 stycznia 2017

Pułapki pozytywnego myślenia

pozytywne myślenie zagrożenia
Myślenie pozytywne jest niesłychanie modne. Widziałem dziesiątki blogów z wpisami, jak myśląc pozytywnie można osiągnąć sukces w miesiąc. Sądzę, że jest jednak przereklamowane i spróbuję opisać swoje zastrzeżenia. 

Nie negując tego, że w przypadku wielu osób, np. depresyjnych, rozchmurzenie swojego myślenia jest potrzebne, a nawet niezbędne, chcę zwrócić uwagę na pułapki typowego, bestsellerowego pozytywnego myślenia. 

Z tego, co mi wiadomo, myślenie pozytywne wywodzi się z amerykańskiej tradycji logiczno – pozytywistycznej („człowiek jest dobry, zmiana jest stosunkowo prosta” - por. terapie poznawcze i behawioralne), którą można przeciwstawiać europejskiej, tragicznej, sięgającej starożytnej Grecji („człowiek jest skomplikowany, rzeczywistość pełna wad a zmiana ograniczona - por. psychoanaliza).

Jednak nurt poznawczy w terapii wcale nie poszedł w stronę zachęcania do uprawiania myśli pozytywnych jako takich, lecz zauważania myśli negatywnych i zastępowania ich alternatywnymi, bardziej konstruktywnymi sądami o sobie i zdarzeniach, które pacjentowi nie wydają się zbyt odległe, przesadnie optymistyczne.

Jak definiuję te postawy i myśli:

Postawa negatywistyczna – widzimy siebie i rzeczywistość w nieprzyjaznych barwach, spodziewamy się złego obrotu zdarzeń. Tu lokuję negatywne myślenie.
Postawa pozytywna – widzimy siebie i rzeczywistość w pozytywnych barwach i spodziewamy się dobrego obrotu spraw. Tu lokuję popularne pozytywne myślenie.
Postawa racjonalna, zdrowa – rzeczywistość nie jest ani dobra, ani zła, ona po prostu jest. Złe i okropne rzeczy zdarzają się, wspaniałe i szlachetne także, przeciętne i płaskie również. Tu lokuję zdrowe myślenie, oparte na faktach i znajomości siebie.

Rzeczywistość jest różnorodna. Mamy jednak okulary, które zabarwiają rzeczywistość osobistym kolorem; jedni w stronę żółtego, inni szarego, najwięksi nieszczęśliwcy zdają się patrzeć przez okulary spawalnicze. Jako psychoterapeuta sądzę, że warto jest zdawać sobie sprawę, przez jakie okulary każdy z nas patrzy.

Myślenie negatywne do niczego dobrego nie prowadzi, to dobrze wiadomo. Ale jakąż szkodę miałoby wyrządzić myślenie pozytywne?  


Sądzę, że w dużej mierze opiera się ono na zaprzeczaniu i jest usiłowaniem bycia kimś, kim się nie jest. Weźmy na przykład zdanie: „Wszystko będzie dobrze”. Skąd wiemy, jak będzie? Albo: „Z każdą minutą całe moje ciało i moją psychikę wypełnia miłość”. Ok, czy to znaczy, że każdego kochasz, nie czujesz urazy, zazdrości, rozwiązałeś wewnętrzne konflikty? Jeśli tak, to czy przypadkiem nie udało ci się stłumić niektórych własnych uczuć? Podobnie brzmią niektóre afirmacje - „smaczki” ze znanej książki Louisy Hay: „Wszystko, co robię, staje się sukcesem.” Moje dochody nieustannie rosną.” „Codziennie staję się coraz sprawniejszy.”

Krytykowane przeze mnie myślenie pozytywne łatwo może stać się formą oszukiwania siebie i nasilać wewnętrzny rozdźwięk. Może budzić napięcie, bo inna wewnętrzna cześć „Ja” wie, że to nie jest cała prawda, że nie mamy aż takiej omnipotentnej kontroli nad wszystkimi okolicznościami życia. Rozciąga się guma między „Ja” realnym i „Ja idealnym”, a potem te dwie części znów zderzają się ze sobą. Zauważyłem, że jeśli jako terapeuta zagalopuję się w upozytywnianiu podejścia pacjenta, to on patrzy podejrzliwie, jakbym coś ważnego w nim lekceważył. Ktoś głęboko depresyjny może poczuć się niezrozumiany, albo zareagować poczuciem winy, że nie może sprostać mojej rozsądnej przecież poprzeczce.

Niewiele nada się pachnący plasterek na złamaną rękę. Pozytywne myślenie częstokroć pomaga skutecznie rozminąć się z istotą problemu. Poprzestanie na zmianie myślenia na pozytywne na niewiele się też zda w przypadku głębszych zaburzeń emocjonalnych.

Pozytywne myślenie trąci też trochę magią. Lubimy wierzyć, że możemy przyciągać różne rzeczy, dobre lub złe. Jeśli „życzymy” sobie chorób, biedy albo nieszczęścia, lub jeśli „życzymy” sobie zdrowia, bogactwa i miłości, Wszechświat usłużnie spełni te życzenia. Proszę, jaką mamy moc... I jesteśmy o krok od oskarżania ludzi, że ich niedola to po prostu wynik ich niedostatecznie optymistycznego spojrzenia na życie.


W chorobie afektywnej dwubiegunowej chorująca osoba oscyluje między negatywizmem (depresja) a skrajną pozytywnością (mania). Jednak stan maniakalny nie jest lekarstwem na depresję, lecz formą obrony przed nią. Potrzebny jest środek, równowaga. Podobnie myślenie pozytywne może być przeciwwagą dla skłonności negatywnych, ale w gruncie rzeczy chodzi o rozwinięcie stabilnego, opartego na zasadzie rzeczywistości, oparcia w sobie.
 
A więc bywam słaby i silny, zgrabny i niezdarny, kochający i wrogi, ciekawy i nudny. Idzie mi lepiej i gorzej, odniosłem porażki i sukcesy. Są ludzie, którzy mnie kochają i tacy, którzy nie lubią, jedni mnie szanują, inni nie, i nie będę z tego powodu afirmował, aby cały kosmos bezwzględnie mi sprzyjał.

Mogę zagłębiać się w te nieprzyjemne uczucia, poznawać siebie, przechodzić między różnymi stanami i z nimi wszystkimi jestem dopiero mną. Czując się słabym mogę sprawdzić, czy potrafię znaleźć w sobie coś takiego, co teraz byłoby silne? Albo jaka siła jest w mojej słabości lub choćby pomimo niej? Nie negując nieprzyjemnej strony, mogę próbować znaleźć w sobie jakieś ziarno drugiego bieguna. Ale nie na siłę.

Cenię sobie myślenie, które daje rozsądną nadzieję. Albo humorystyczne, przewrotne, paradoksalne podejście, które potrafi dostrzec w chaosie - przygotowanie do zmiany i rozwoju, w kłótniach małżeńskich - przejaw zaangażowania uczuciowego a w unikaniu ludzi - kontemplowanie własnej świadomości i dbanie o siebie. Humor wobec siebie i dystans do własnej ważności leczy lepiej, niż hipnotyzowanie siebie, że jest się kimś innym albo że teraz będzie tylko coraz lepiej. Zdrowy człowiek to nie tyle ten, który myśli zawsze pozytywnie, ale raczej ten, który odpowiada za swoje życie bez nadmiernego zniekształcania rzeczywistości.

Przyjmując siebie i coraz lepiej zadomawiając się w sobie można zajść dalej niż przeżywając krótką przygodę poprawy samopoczucia ćwiczeniem pozytywnych myśli.

Chyba wszyscy chcielibyśmy być lepsi, niż jesteśmy, ale budować można tylko na tym, kim się jest, a nie kim by się chciało być. Starym poczciwym Garbusem, którego znasz, kochasz i umiesz naprawiać, możesz zajechać dalej niż nowym Porschee, w którym sam nie wymienisz żarówki.

4 komentarze:

  1. Dziękuję Karolu za wpis. W zasadzie się z Tobą zgadzam. Myślę jednak, że jakieś okulary i tak nosimy. Pamiętasz: „To co widzimy w 95% jest naszą projekcją. W zasadzie jak i pozostałych 5%”. Całkowite wyzbycie się projekcji i widzenie rzeczywistości taką jaka ona jest, nie wydaje mi się być do końca możliwe. A jeśli tak jest, to pozytywne myślenie nierzadko może przynieść sporo korzyści. Chociażby na zasadzie działania samospełniającej się przepowiedni, bez żadnej „magii”. Zakładam, że mi się uda, obniżam lęk związany z ewentualnym niepowodzeniem, podejmuję kroki ku temu żeby mi się udało i realnie zwiększam swoje szansy na powodzenie. Zatem jeśli i tak „zabarwiamy rzeczywistość osobistym kolorem”, to „na pozytywnie” wydaje się ciut lepszym rozwiązaniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wszystko jest pozytywne, ale można dostrzegać pozytywne aspekty niemalże każdej sytuacji i dodawać sobie otuchy.
      Dziękuję Ania.

      Usuń
  2. Bardzo mądre i obiektywne podejście.Po prostu życie trzeba akceptować takim jakie jest...i nigdy się nie poddawać..niezależnie od tego jak bywa ciężko zawsze trzeba szukać rozwiązań a nie problemów.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Rzeczywistość jest różnorodna. Mamy jednak okulary, które zabarwiają rzeczywistość osobistym kolorem; jedni w stronę żółtego, inni szarego, najwięksi nieszczęśliwcy zdają się patrzeć przez okulary spawalnicze. Jako psychoterapeuta sądzę, że warto jest zdawać sobie sprawę, przez jakie okulary każdy z nas patrzy. "

    Święte słowa. Pozdrawiam i gratuluję ciekawego wpisu.

    OdpowiedzUsuń